Sylwester w Teatrze Roma i z Andre Rieu!

Sylwester 2013 w Teatrze Roma, foto 1.

Sylwester 2013 w Teatrze Roma, foto 2.

Sylwestrowy wieczór spędziłam jak zwykle od lat w Teatrze Roma, po raz drugi na fenomenalnym musicalu “Deszczowa piosenka”. Rewelacyjny w dynamice akcji i choreografii musical oszałamiający absolutnie mistrzowskim aktorstwem ekipy Romy. Wspaniałe dopracowane w każdym calu kostiumy m.in epokowe z czasów Ludwika Słońce i momentami absolutnie epicka scenografia np. sceny z gigantycznymi literami BROADWAY. Aktorzy komediowi, dramatyczni lub o zacięciu “femme fatale” o absolutnie światowej klasie i charyzmie gry. Podejrzewam, że tak jak w przypadku “Upiora w Operze”, wystawienie przez Romę “Deszczowej piosenki” jest jednym z najlepszych wystawień na świecie ( w przypadku Upiora wystarczy porównać zapisy video z innych równorzędnych przedstawień światowych).
“Deszczowa piosenka” opowiada o przełomowym momencie w historii światowego kina, kiedy to zaczęto eksperymentować w filmie z dźwiękiem. Film niemy odchodził do lamusa… Niektóre gwiazdy musiały odejść w niebyt, nie radząc sobie z głosem i stąd z wymogami ekspresji nowego typu gry, ich miejsce zajmowali nowi aktorzy stając się gwiazdami światowego formatu… Zakulisowe tragedie i sukcesy, romanse gwiazd “reżyserowane” na potrzeby reklamy filmów, kontrakty aktorskie i fanaberie gwiazd, gorączkowa rewolucja w technikach kręcenia filmów symulowana przez dziką rywalizację konkurujących studiów filmowych w USA – o tym wszystkim opowiada “Deszczowa piosenka” w wirującym tempie musicalu. Przenosimy się w lata 20-te na Broadway, chłonąc w zadziwieniu, w wizualnym zachwycie i ze łzami śmiechu magiczną atmosferę kina tamtych czasów… Oczywiście zlani zostajemy deszczem i to w pokaźnej dawce :) Dlatego pierwszych kilka rzędów na widowni (w tym ja, bo siedzę zawsze w pierwszym rzędzie) otrzymuje peleryny przeciwdeszczowe :)

Wieczór sylwestrowy w Romie czaruje swoistą atmosferą wykwintności powiązanej z magią sztuki. Na dwóch zdjęciach powyżej uchwyciłam końcowe momenty sylwestrowych fajerwerków tuż po spektaklu. Za późno wyjęłam komórkę, by zrobić zdjęcia, stąd fajerwerki już gasną. W tle sceny widać aktorów grających główne role w musicalu “Deszczowa piosenka”.

A poniżej kilka scen z musicalu specjalnie zaaranżowanych scenograficznie na potrzeby przedstawienia sylwestrowego, które to zdjęcia wykonałam na Sylwestrze w Teatrze Roma rok wcześniej czyli w roku 2012. Zdjęcia są niewyraźne, z racji iż robiłam je szybko, wychylając się z komórką na moment spod foli przeciwdeszczowej, zalewana byłam bowiem potężną dawką deszczu.

W roku 2014 sylwestrowego wieczoru w Teatrze Roma nie będzie. Teatr planuje bowiem generalny remont widowni. Kolejny Sylwester w Romie odbędzie się w roku 2015.

Magiczny Sylwester w Romie był pierwszą częścią mojej sylwestrowej nocy. Zdążyliśmy do domu przed północą… Sylwestrowy toast zainaugurował rodzinną ucztę koncertową z DVD – najnowszy zapis jednego z koncertów Andre Rieu z jego słynną The Johann Strauss Orchestra. Koncert celebrował 25-lecie istnienia Orkiestry i odbył się w Maastricht. W koncercie wzięło udział wielu zaproszonych gości oraz 300-osobowy męski chór królewski z Maastricht.

Andre Rieu wraz z The Johann Strauss Orchestra, w ramach nowego światowego tournee, po raz pierwszy zawita niedługo do Polski. Odbędą się dwa wiosenne koncerty – w Łodzi (9 maja) i w Gdańsku (10 maja). Sprzedaż biletów trwa na portalu Eventim.

Poniżej zamieszczam 3 nagrania video z nadmienionego koncertu z DVD: “Happy Birthday A Celebration of 25 Years Of The J Strauss Orchestra”. Przy czym pierwsze video jest reklamówką koncertu. Są to zarazem trzy pliki video jako jedyne nie będące mojego autorstwa zamieszczone na tym blogu (czyli dla Andre Rieu poczyniłam wyjątek :) Zapraszam Was zatem do muzycznej uczty wypełnionej muzyką klasyczną, uczty okraszonej potężną dawką humoru.

Jednocześnie koncerty Andre Rieu budzą we mnie zawsze smutne refleksje. Obserwując widownię na tych koncertach, to jak ludzie w różnym wieku potrafią się wspaniale, razem, spontanicznie bawić przy muzyce klasycznej, analizując jak potężne pieniądze stać muszą za przygotowaniem kulturalnych przedsięwzięć w tej ogromnej skali, z bólem kontempluję myśl jakim my jesteśmy zaściankiem Europy… Kwestia pieniędzy przede wszystkim, a jednocześnie, równorzędna kwestia mentalności… Tego typu koncerty możliwe są tylko w świeckim kraju szczęśliwych ludzi, w którym rząd dba o dobro obywateli ( za życia), w których edukacji uwzględniano szacunek dla kultury i jej znajomość (w tym muzyki klasycznej). Pieniądze, a także mentalność wyrosła na bazie odpowiedniego poziomu edukacji – dwa równorzędne filary, aby ludziom mogło żyć się szczęśliwie, aby przede wszystkim czuli potrzebę zmian, aby mogli uświadomić sobie potrzebę szczęśliwości, konieczność tej potrzeby. W martyrologicznym kraju, ogarniętym obsesją religii, gdzie dba się o zmarłych, a nie dba się o żywych – nawet pieniądze nie pomogą. Przekazane by zapewne na kolejną świątynię opatrzności, zamiast na zabawę, wspólnie kontemplowaną radość życia, która to radość wszystkim bez wyjątku się należy, i młodym i starszym.

Przy okazji zamieszczam moje dwa ulubione fragmenty z innych koncertów Andre Rieu i The Johann Strauss Orchestra. Najpierw, wraz z The European Pipe Band – “Amazing Grace”, a następnie “Bolero” Ravela – najlepsze wykonanie “Bolero”, jakie kiedykolwiek słyszałam, w dodatku fenomenalnie opracowane scenograficznie. Epickie. Te oba utwory to fragmenty koncertów dostępnych do kupienia na DVD:

Więcej muzyki Andre Rieu i The Johann Strauss Orchestra dotępne jest tutaj.

No cóż.. W noc sylwestrową przehulałam do 7 rano, odsypiając potem przez cały Nowy Rok. Pierwszy dzień Nowego Roku 2014 wypadł mi zatem z życiorysu.

Teraz pora brać się już do pracy. Aktualnie projektuję nowy layout strony www prezentującej moją sztukę. Po latach stosowania czarnego tła, miałam ogromną chęć wykonać layout stosując tło białe z delikatną fakturą papieru czerpanego. Strona www prezentowałaby się klasycznie, nad wyraz stylowo i elegancko. Po wykonaniu wstępnych projektów, zadowalających mnie, uświadomiłam sobie jednak zaistnienie poważnego problemu: elegancka “biała” strona www utraciłaby magię. Biel graficznie przytłumiłaby metafizykę i zagadkowy nastrój czerni nocy emanujące z moich prac… Z ulgą na duszy za sprawą rozwiązania kwestii koloru strony, powróciłam do czarnego tła layoutu. Prace projektowe trwają. Poniżej prezentuję projekt podstrony “Galeria” – tak layout strony www wyglądał będzie finalnie, czyli na tle czarnym:

Projekt podstrony "Galeria" na nową stronę www ze sztuką Anny Marii Karolak.

Advertisements

Brit Floyd – PULSE – World Tour 2013 – Sala Kongresowa, Warszawa, 03.12.2013 r.

Brit Floyd - PULSE - WORLD TOUR 2013. 03.12.2013, Warszawa - Sala Kongresowa, foto 02.

Niech żałuje ten, kto nie był na wtorkowym koncercie Brit Floyd w Warszawie.
Początkowo podchodziłam sceptycznie do idei koncertu zespołu w Sali Kongresowej, ze względu na niedużą scenę i objętość całej sali, przyzwyczaiłam się bowiem do występów Brit Floyd`ów i Aussie Floyd`ów w wielkich halach sportowych, gdzie można z rozmachem prezentować wielkie widowiska sceniczne, oparte w warstwie wizualnej tak potężnie na przestrzennej grze świateł i laserów. Ponadto sam klimat Sali Kongresowej kompletnie nie współgrał w mej wyobraźni z widowiskami Floyd`ów. Doniosłość tematyczna koncertów Floyd`ów idealnie bowiem współgra z klimatem wizualnej ascezy wielkich hal sportowych.

Stąd też na zakup biletu do Sali Kongresowej zdecydowałam się w ostatniej chwili, podchodząc z góry krytycznie do idei koncertu w tym miejscu. Zdobyłam pojedyńczy bilet, cudem uchowany, w 7 rzędzie na parterze, prawie po środku rzędu w stosunku do sceny.

Koncert przerósł moje oczekiwania. Był to koncert o jakości wybitnej. Projektanci widowiska wspaniale zaaranżowali dla muzyków niedużą scenę, a wyśmienita scenografia i oprawa świetlna zniwelowały minusy małej powierzchni obszaru sali, wydobywając i zaaranżowując zarazem w nieoczekiwany sposób jej walory. Światła i lasery cudnie współgrały z bogatymi dekoracjami i załamaniami ścian, a stały element sceniczny Sali Kongresowej – podwieszona u sufitu wielka, zdobiona artystycznym haftem kurtyna, świetnie spełniła rolę dodatkowego elementu scenograficznego widowiska – bawiła widzów feerią barw, przyjmując na swą haftowaną powierzchnię błyski różnobarwnych scenicznych świateł, zarazem w interesujący sposób podbijając moc tych kolorów, bo sama będąc wielobarwną i połyskliwą.

Muzycy zaprezentowali świetny materiał. Usłyszeliśmy zupełnie nowe aranżacje utworów Floyd`ów oraz pakiet najbardziej znanych przebojów zespołu. Na wielkie uznanie zasłużyła doskonała akustyka – bezbłędnie brzmiały saksofon, gitary i głosy solistów. Rozbudowane partie instrumentalne na gitary i saksofon były prawdziwą ucztą dla ucha. Podczas tego koncertu zdecydowanie najbardziej zachwycił mnie popis chórzystki Jacquie Williams. Jej rozbudowane partie solowe w pełni ukazały skalę jej fenomenalnego głosu, rozbrzmiewającego charyzmą i epicką siłą.
Natomiast jeden z głównych solistów zespołu – Ian Cattell, brzmi zupełnie jak David Gilmour! Fantastyczny głos.

Największą niespodzianką koncertu były fenomenalne animacje. W zasadzie były to całe rozbudowane fabułą filmy o przesłaniu a` la Matrix. Wizyjne i przejmujące smutnym przesłaniem, jednocześnie psychodeliczne i czarujące widza swym pięknem. Rzeczywistość ludzkiego życia ujęta na sposób symboliczny, ale z wykorzystaniem wizualnego języka znamiennego dla twórczości futurystycznej, SF. Dodatkowym smaczkiem było wplecenie w te fabuły bogatej symboliki, w tym politycznej i masońskiej, nadającej dodatkowych wielopoziomowych znaczeń filmom. Kulminacja wizualna przedstawienia nastąpiła w utworze “Welcome to the Machine” (patrz video nr 3).

Atmosfera na koncercie była gorąca. Miały miejsce w pełni zasłużone owacje na stojąco ze strony widzów i były bisy od zespołu. Stąd koncert zakończył się nieco później niż regulaminowo.

Po koncercie członkowie zespołu spotkali się z publicznością w głównej auli Sali Kongresowej. Można było z członkami zespołu porozmawiać oraz uzyskać autograf na dowolnej rzeczy, którą miało się do podsunięcia :)

Oto moje zapisy fragmentów tego prześwietnego koncertu, aby wspomóc nimi na zawsze ulotną moc pamięci:

I kilka zdjęć:

Do tej pory Brit Floyd i Aussie Floyd reprezentowali poziom artystycznie zbliżony. Po wtorkowym koncercie stwierdzam, iż Brit Floyd wysforowali zdecydowanie na czoło tego peletonu. Unikalny repertuar rzadko prezentowanych utworów Floydów, jak “Dogs” czy “Welcome to the Machine”, fantastyczne nowe wersje znanych utworów z rewelacyjnie rozbudowanymi partiami solowymi instrumentów, charyzmatyczni wykonawcy i wspaniałe rozbudowane animacje – czynią Brit Floyd absolutnym mistrzem spektakularnych widowisk scenicznych, w których potężnej mocy znaczeniowej treść, idealnie dopełniona zostaje wizualną atrakcyjnością tych przedstawień.
W przyszłym roku w Polsce wystąpią z nowym programem Aussie Floyd. Zespół musi się teraz mocno głowić, by dorównać poziomem do widowisk Brit Floyd, skoro ci ostatni tak wysoko zawiesili artystyczną poprzeczkę.

Zapraszam również do zapoznania się z postem recenzją odnośnie występu Brit Floyd na warszawskim Torwarze w dniu 16.10.2012 roku.

Roger Waters “The Wall Live”.


Roger Waters – “The Wall Live” – Stadion Narodowy, Warszawa, 20.08.2013 r.

Organizacja spektaklu

Sprawa pierwsza: wprowadzanie widzów w błąd.
Przed koncertem, na stronie www Stadionu Narodowego, zamieszczono komunikat, iż nie można rejestrować widowiska, stąd zakazane jest wnoszenie na stadion sprzętu nagrywającego. Szanując wolę organizatorów, aparatu fotograficznego nie wzięłam. Jakie było moje zdziwienie, gdy już na terenie stadionu nadano przez głośniki komunikat, iż nagrywać można, byle nie używać lamp błyskowych.

No cóż, oglądacie zatem zdjęcia wykonane wyłącznie komórką. Filmów też nie ma, bo kręcenie komórką filmów, w ogóle mija się z sensem ( jakość tak kiepska).

Dziękuję wam, drodzy organizatorzy, za wprowadzanie widzów w błąd. Najlepiej waszych komunikatów nie czytać.

Druga sprawa: tak bardzo dba się o bezpieczeństwo widzów. Przy bramkach przeszukiwano torebki i zabierano nakrętki od butelek z wodą. Jakże zatem, do tej dbałości o bezpieczeństwo widzów, ma się sprzedaż na terenie stadionu piwa?? Ludzie nosili całe zgrzewki piwa. Widziałam pary, które ledwo na nogach stały i to jeszcze przed rozpoczęciem imprezy. Niektórzy po jednym schodku schodzili na trybunach, by nie runąć w dół.
Schody prowadzące na trybuny są dość strome, a schody prowadzące na poziom drugi trybun, są bardzo strome. Oczami wyobraźni widziałam lecącą w dół pijaną osobę i w następstwie, zmasakrowany tłum, z tych, którzy, na swoje nieszczęście, stali poniżej na tych samych schodach.

Trzecia sprawa: czy celebracja widowiska artystycznego tożsama jest z piknikiem rodzinnym na trawie?? Co za szalony pomysł, by wprowadzić na imprezie artystycznej sprzedaż popkornu i zapiekanek?? Brakowało jeszcze grilla. Mój zmysł estetyczny rażony został widokiem wielkiej stadionowej mega-jadłodalni.

Spektakl

Akustyka – koszmarna. Pozostają płyty z muzyką do odsłuchu w domu. Nie użyłam artystycznie od strony muzycznej, nie mogę nawet ocenić poziomu śpiewu Watersa. Wszystkie dźwięki i śpiew zlewały się w jedną kakofonię, generując hałas, brzmiący bardzo uciążliwie dla ucha.

Wizualizacje – wspaniałe. Rewelacyjne animacje rysunkowe. Rysunki podobne w stylistyce do obrazów Witkacego oraz rysunków tuszem Gigera. Szalone światy wypełnione bestiami, makabryczne ludzko – zwierzęce mutacje, gargantuiczne kształty. Bestie mordujące jedna drugą, np. przez nabijanie ofiary na dzidę wieńczącą ogon.
Utkwiła mi w pamięci scena, w której malutki potwór, mutacja człowieka, uciekał strwożony, aż zapędzony został w głąb tunelu ceglanego bez wyjścia, a wejście tunelu blokować zaczęło gigantyczne oko innego potwora – oko mściwe i szalone z nienawiści.
Sceny takie, utrzymane były w wyrazistej kolorystyce, podbijającej jeszcze przekaz. Wściekłe róże, żółcie i zielenie ciał potworów, albo trupia ich biel, kalejdoskop wszystkich barw, dynamicznie przenikających jedna w drugą, na zasadzie agresywnych kontrastów. Szaleństwo barw i form – potwory dynamicznie zmieniały swe kształty.
Wizyjną była scena, w której gigantyczne pierścienice o barwie surowego mięsa, oplatały powolnym ruchem kolumny białego portyku. Albo scena, w której gigantyczne strugi krwi wpływać zaczynały z górnej krawędzi muru, przez całą jego długość, a mur był gargantuiczny – obezwładniający długością i wysokością. Animacje wyświetlane były na całej powierzchni muru – a miał on długość 140 metrów.
Najbardziej szaloną z wizji, była ta: armia maszerujących młotków. Horrendalny koszmar, niczym z najgorszych snów. Morze po horyzont kroczących młotów – w dzikim, równym, sugerującym najwyższego poziomu agresję – rytmie. Krok pojedyńczy będący hukiem, krok wyrównany całej armii – epatował najwyższą grozą, znamionował nieuchronność Fatum. Ta animacja utrzymana była w kolorach, a jakże – jaskrawej czerwieni, bieli i czerni.

W przejmującej symbolice odzwierciedlono psychologiczny mechanizm relacji damsko -męskich. Wojna płci: agresja – atak – zniewolenie, a wszystko rozpoczynające się niewinnie: słowotok i mydlenie oczu. W tej animacji, obie płcie symbolizowane były przez rośliny o ponętnych kwiatach i lśniących wilgocią wiciach, lgnących ku sobie zmysłowym ruchem. Zbliżenie przechodziło nagle w scenę gwałtu, a smutnym kontinuum, była śmierć roślin w morderczym uścisku splecionych pnączy.

Animacje były znakomite, jednakże chłonąc te obrazy, odczuwałam niedosyt. Powód tego mego odczucia, osobliwego, uświadomiłam sobie dopiero po głębszym namyśle: w żaden sposób nie zaaranżowano PRZESTRZENI stadionu. Pomiędzy sceną z murem, a trybunami, ziała olbrzymia przestrzeń, wyzwalająca emocjonalny dystans do tego, co na scenie się działo. Uczucie tym dotkliwiej odczuwalne, im dalej od sceny, miejsce na trybunach się zajmowało. Pełnię emocjonalnego przekazu widowiska, odbierali tak na prawdę tylko widzowie zajmujący miejsca na płycie. Mur nad nimi górował, a jego długość – spoglądając z bliska na lewo i na prawo – mogła oszałamiać. Tym samym, potężniej oddziaływały, obserwowane z bliska, gigantyczne animacje wyświetlane na murze. Dla mnie, siedzącej na trybunach, cały spektakl był tylko filmem wyświetlanym na ekranie umieszczonym bardzo, ale to bardzo daleko.

Zdecydowanie, nie jest to spektakl – w obecnej jego formie, dostosowany do prezentacji dla 50 000 osób. Tak obszerna tematyka, przepojona tak wielowymiarową symboliką, stwarzała potencjalnie wielki zasób możliwych rozwiązań inscenizacyjnych, w obrębie CAŁEJ hali stadionu. Można było spektakl tak dopracować, by wielka dziura przestrzeni niewykorzystanej – nie ziała i nie raziła. Choreografie świetlne i laserowe – chociażby. Czyli coś dla widzów z dalszych miejsc. Przypominam sobie teraz sławny koncert Pink Floyd zatytułowany “Pulse”, z Londynu, z 1994 roku. Na końcu koncertu, widzów spotkała niespodzianka. Z sufitu hali “spłynęło” o niesamowitym pięknie “zjawisko” – gigantyczna konstrukcja futurystyczna przestrzenna, która zawisła nad publiką. To się nazywa przygotowanie koncertu pod wielką halę. A my mieliśmy na stadionie, balon świni prowadzony po płycie na lince. Było to jedyne “wyjście” spektaklu w przestrzeń tego wielotysięcznego stadionu. Stanowczo za mało.

Zdecydowanie, ten spektakl predestynowany jest do prezentacji na dużo mniejszych halowych przestrzeniach. Wówczas można by poprzestać na zachwycaniu się animacjami, bo problem nie zaaranżowanej przestrzeni hali – by nie istniał.

Przedstawienie ma zatem potencjał by stać się genialnym, bo na razie nie jest. Są wspaniałe animacje i jest stosowana wspaniała technika. W technice obrazowania wyczuwa się najnowszą technologię i wielkie pieniądze. Wyszło jednak barwne, bombiastyczne show, jakoś zabrakło autentyczności. Technika, w pewnym sensie przesłoniła przekaz. Zabrakło prostych, genialnych rozwiązań, które by NA PRAWDĘ poruszyłyby duszę widza. Oglądałam tylko film wyświetlany na wielkim ekranie (murze), a mogło być lepiej. Myślę, że twórcy przedstawienia, skorzystać powinni z doświadczenia sławnych Teatrów Ulicy. To są tak samo gigantyczne show, organizowane pod wielotysięczną publiczność. W spektaklach takich, też jest główna scena, są animacje, ale artyści potrafią porwać emocją tłum, wychodząc z akcją między widzów. Sławny na świecie polski Teatr Ósmego Dnia, ma równie poważne tematem fabuły przedstawień, a tak potrafią zelektryzować wielotysięczny tłum, że nie mają w tym sobie równych! Akcja wychodzi w przestrzeń do ludzi. Jest przez to dynamicznie, niepokojąco, drażniąco zmysły. A Ty, czujesz się aktorem spektaklu. “The Wall” powinien być wystawiany w otwartej przestrzeni, nie na stadionie i publiczność powinna pod murem stać, samym sobą, tworząc ostatni, spajający element scenograficzny spektaklu bez granic! Stojąc w wielotysięcznym tłumie, pod murem, w pełni odebrałbyś sugerowaną przez twórców, Moc Muru. Mur, obserwowany z daleka i z wysoka, z wygodnych siedzonek na trybunach, traci całą magię. Pamiętam genialne wystawienie “Jądra Ciemności” J. Conrada – przez polski Teatr Biuro Podróży. Przedstawienie w otwartej przestrzeni, z wykorzystaniem najnowszych zdobyczy techniki – świetne animacje, świetny podkład muzyczny, wspaniale zaaranżowany scenograficzne, bo też była ustawiona główna scena – ale to nie wszystko… My, widzowie, staliśmy zgromadzeni pośród jakiś brudów, szmat, pudeł, walających się beczek, nikt na te śmiecie nie zwracał uwagi. Nagle, w trakcie przedstawienia – a tematem fabuły był groźny świat biedoty, z beczek i z pośród szmat, wypełzać zaczęli bezdomni, siejąc popłoch wśród widowni. Zaczęły płonąć beczki z benzyną, rozpoczęły się prawdziwe zamieszki, z ogniem, dymem i bójkami. Efekt dla publiczności był piorunujący, prawie, że wybuchła panika. “Jądro Ciemności” Conrada zabrzmiało w pełnej krasie mocą swego przekazu. W “The Wall” również można było zadziałać psychologicznie, tak mocna jest przecież tematyka spektaklu. Można było, chociażby, wywołać kontrolowaną panikę wojny czy sowieckiego terroru. Wszystko możliwe, gdyby akcję przedstawienia wprowadzić w tłum. Inscenizacja nie byłaby wtedy statyczna, nabrała by właściwego rozmachu. Bo zaaranżowanej scenograficznie i aktorsko PRZESTRZENI, nie zastąpią nawet najbardziej demoniczne animacje, bo to tylko jest rzutowanie ich na płaski ekran. Przy animowanych scenach obrazowania szaleństwa komunizmu – animacjach zdominowanych przez ognistą czerwień, aż prosiło się w “The Wall” o faktyczny wymarsz armii żołnierzy, z gigantycznymi czerwonymi flagami, która to “armia” wmieszałaby się pomiędzy stojący pod murem tłum. Efekt, wizualnie i emocjonalnie, byłby oszałamiający. A przecież, dodatkowo jeszcze, wzmocniony wspaniałą muzyką, która w przestrzeni otwartej, brzmiała by o niebo lepiej, niż w niedostosowanej odpowiednio akustycznie stadionowej hali.
Zabrakło mi zatem prawdziwie bombiastycznego przedstawienia, rozmachem choreograficznym, adekwatnym do potęgi prezentowanych tematów. Powinno to być giga-widowisko, łączące koncert i stałą scenę, ze świetlną aranżacją powietrznej przestrzeni ponad głowami widzów oraz z pomysłami inscenizacyjnymi, rodem z najlepszych tradycji teatrów Sztuki Ulicy. A tak, siedząc wygodnie na trybunowym krzesełku, obserwując Mur z góry i z tak daleka, poprzez dystans czarnej pustki olbrzymiej hali, rejestrowałam wzrokiem kolejne animacje, zachwycając się nimi jako grafik, ale czując emocjonalną oziębłość w stosunku do widowiska jako całości. Zabrakło odpowiedniej mocy przekazu.

Stadion

W dniu koncertu przybyłam na Stadion wcześniej, by zwiedzić obiekt. Stadion jest przepiękny, świetnie oznakowany, nie sposób nie znaleźć swojego miejsca. Na najwyższe trybuny wiodą schody ruchome umieszczone po zewnętrznej stronie fasady obiektu. Oto kilka zdjątek stadionu, z różnych miejsc, z widokiem na scenę:

Pod sufitem latały nietoperze – biedaki nie zdążyły umknąć przed zasuwającym się dachem stadionu.

“Eclipsed By The Moon” The Australian Pink Floyd Show – Hala Arena, Poznań, 16.05.2013.


Zdjęcia i zapis video fragmentów koncertu:

Spektakl “Eclipsed By The Moon” The Australian Pink Floyd Show 2013, to cześć nowej światowej trasy koncertowej Aussie Floyd. Tournee upamiętnia 40 – tą rocznicę wydania płyty Pink Floyd “The Dark Side Of The Moon”. Zespół zagrał najsławniejsze kompozycje Floydów, a muzykę jak zwykle oprawiono spektakularnymi wizualizacjami. Były multimedialne pokazy, lasery i wielometrowej wysokości kukły.
Mam zastrzeżenia co do nagłośnienia koncertu. Akustyka w poznańskiej Arenie była kiepska. Zniekształcone dźwięki instrumentów, pogłos – tak było słychać w 11 rzędzie na trybunach. Dlatego też, zestawiając obecny koncert zespołu, z poprzednim koncertem Aussie Floyd`ów, na którym to byłam – na warszawskim Torwarze w 2012 roku – stwierdzam, iż koncert z roku 2012, dostarczył mi lepszych jakościowo muzycznych wrażeń.

Jednak od strony wizualnej, widowisko obecne w pełni satysfakcjonowało. Pewne rozwiązania wizualne są już co prawda przez zespół powielane, jednak są one tak genialnie opracowane, iż można je oglądać z niezmiennym zachwytem, raz po raz. Mam tu na myśli wspaniałą świetlno-laserową choreografię do utworów m.in. “Time”, “One Of These Days” i “On The Run”. Dynamiczny taniec świateł wzmagał muzyczne doznania, wprowadzając odbiorcę w trans. Słuchacz obezwładniony cudowną kakofonią dźwięków, świateł i obrazów, uczestniczył w psychodelicznym przedstawieniu, którego klasyfikacja prosta jest niemożliwa, bo to przeżycie, które po prostu chłonie się i smakuje; w ulotności chwili jego trwania… Dźwięki i obrazy wzmagały się, generując ekstatyczny trans, w jednej chwili porzucały swe znaczenia, przechodząc w inne, tworząc płynny muzyczno-wizualny konglomerat znaczeń, wyznaczając tak Nową Jakość Sztuki. Doświadczając magii tego widowiska, trwałeś poza czasem. Słuchasz, patrzysz – chłoniesz, czujesz – pulsujesz w rytm wzmagającego się transu, jednak nie analizujesz. Doświadczasz dotyku Wielkiej Sztuki. Geniusz Floyd`ów jest niezaprzeczalny.

Tutaj / here:
The Australian Pink Floyd Show at Torwar in Warsaw, 21.01.2012 – photos.
BRIT FLOYD – The World`s Greatest Pink Floyd Show at Torwar in Warsaw, 16.10.2012.

Il Divo & Katherine Jenkins Concert at Ergo Arena in Gdańsk.

Mój zapis fragmentów koncertu Il Divo i Katherine Jenkins w Ergo Arenie w Gdańsku. Koncert miał miejsce 15.03.2013 roku.

…i zdjęcia:

To drugi koncert Il Divo, po zeszłorocznym łódzkim jesiennym, na którym byłam.
Koncert Il Divo w łódzkiej Atlas Arenie był świetny za sprawą repertuaru i wykonania, jednakże koncertem tym byłam rozczarowana za sprawą dość skromnej scenografii – do olśniewającej scenerii przyzwyczaiły mnie bowiem wykonania koncertowe zagraniczne, które znam ze wszystkich wydanych DVD.

Obecny koncert Il Divo był OLŚNIEWAJĄCY. Taki jaki być powinien. Repertuar, wykonanie, scenografia – całość ta w zestawieniu – wybitna. Bez dwóch zdań: ten koncert był wielkim wydarzeniem artystycznym.

Strategicznie arcytrafionym artystycznym zadziałaniem było zaproszenie w to tournee Katherine Jenkins. Bowiem formuła zespołu, z jego świetnymi operowymi aranżacjami przebojów i atrakcyjnym wizażem, może się już jednak trochę po latach przejeść. Katherine Jenkins wniosła swym olśniewającym talentem i klasą, świeży powiew w szeregi zespołu. Nowe aranżacje utworów – bo już na cztery głosy męskie i jeden damski oraz repertuar wykonywany solo przez artystkę, wszystko to uczyniło, że koncert ten odbierało się jako absolutne novum. Il Divo ten sam, ale jednak nie ten, bo formuła jego rozszerzona została o nowy talent, a ta zmiana pociągnęła za sobą zarówno włączenie nowego repertuaru jak i poczyniła pozytywne perturbacje w aranżach znanych już od dawna utworów zespołu. Szczerze mówiąc pojedyńcza Katherine Jenkins przebijała wyśmienitością śpiewu czterech panów, zarówno solo, jak i wówczas gdy śpiewali wszyscy razem. Jej głos jest równie piękny co potężny brzmieniem.

W pamięć zapadł mi Gdańsk tamtego wieczoru. Ruch w mieście sparaliżowany za sprawą tysięcy ludzi jadących na koncert, a był to w dodatku czas Wielkiego Śniegu w Gdańsku. Ponadto szalejąca zamieć śnieżna, która ustała ledwo przed koncertem…
Drogi dojezdne do Ergo Areny wyglądały tak: setki ludzi wysiadały na ulicach z taksówek i niczym wędrówki ludów zmierzały w śniegu w stronę hali. Bo całe ulice były poblokowane, lepiej opuścić było pojazd i brnąć w śniegu na piechotę. Co najzabawniejsze: wszyscy w odświętnych strojach, jak do opery. Iście surrealistyczny to był obraz – kobiety w szpilkach po zaspach :) W śniegu brnęłam i ja, w tym pochodzie ludu, pozostawiwszy mą taksówkę gdzieś w połowie drogi… Żal mi było tylko ludzi, którzy na koncert jechali własnymi samochodami, wozu na drodze zostawić przecież nie mogli. Utknęli w tych blokadach. Na koncert spóźniłam się zatem tylko trochę. Gdy stojąc u wrót Ergo Areny na szczycie góry, obróciłam się do tyłu i spojrzałam w dół, zobaczyłam długi niczym wstęga korowód ludzi, dopiero w stronę Ergo Areny zmierzających, zbyt późno opuścili swe pojazdy na drogach. Zaiste! To była prawdziwa Wędrówka Ludów, tyle że mieniąca się wykwintem strojów, pięknie kontrastujących z bielą śniegu!

Swoją drogą koncert powinien być opóźniony. Chyba organizatorzy widzieli co się dzieje. Ze ludzie idą, idą i idą…

Następne dwa dni w Trójmieście, po koncercie, były zachwycające. Potężny mróz z wichrem, a zarazem wspaniałe słońce. Molo Sopockie olśniewało w swym majestatycznym pięknie. Obłożone lodem zdawało się planem filmowym futurystycznego filmu. Fotografie Sopockiego Mola oraz okolicy z tych dni, obejrzysz tutaj.

Koncert Clannad w Warszawie 2013

Zespół Clannad wystąpił na dwóch koncertach (jeden po drugim) w klubie Stodoła w Warszawie, w dniu 10 lutego 2013 roku. Byłam na koncercie pierwszym z dwóch, o godz.15:30.

Zespół w znakomitej formie. Koncert wykonaniem oraz repertuarem prześwietny. Podróż w czasie poprzez świat największych przebojów Clannad, oczywiście z obowiązkowym Robin Hood`em. Magia tej muzyki wielką mocą działa. Niegroźny jej czas i zmieniające się mody muzyczne. Ponadczasowa muzyka będąca klasą samą w siebie, nieporównywalna z żadną inną. Pokarm dla dusz, prawdziwe misterium. Namacalne tchnienie przeszłości…

Przyjemność wizualnego delektowania się koncertem zepsuło mi fatalne miejsce moje: na balkonie. Byłam pierwszy raz na koncercie w klubie Stodoła – balkon, rząd pierwszy – to brzmiało świetnie. Nigdy więcej miejsca na balkonie w Stodole – widoczność fatalna, scenę przesłania barierka, cały koncert przestałam, podpierając tę barierkę. W dodatku jest to bardzo z boku i baaardzo daleko.
Jednakże, tam wysoko pod sufitem, nagłośnienie było znakomite, co odnotowałam z zadowoleniem. (W odróżnieniu od Torwaru, gdzie lepiej miejsc wysoko na trybunach wystrzegać się, bo dudni. Czego doświadczyłam na koncercie Brit Floyd – dudniące gitary i śpiew, sucho trzaskliwie brzmiąca perkusja – a różnicę w jakości dźwięku ostro dostrzegłam po zejściu po przerwie niezadowolona na płytę. To tylko taka dygresja – nigdy więcej miejsc wysoko na trybunach na Torwarze i z daleka od balkonu w Stodole!)

Poniżej, moje zapisy czterech fragmentów z koncertu Clannad, z tego fatalnego balkonowego miejsca. Zwłaszcza film ostatni – czwarty, jest bardzo ciekawy – jak to Maire Brennan widownię z miejsc poderwała:) Generalnie klimat na koncercie był gorący, bardzo fanowski. Tylko ja, niczym sfrustrowany orzeł, pod sufitem, jak ostatni głupi:)

“Simon Boccanegra” Verdiego na 17 Festiwalu Beethovenowskim w Warszawie.

Dnia 25 marca 2013 roku podczas 17 Festiwalu Beethovenowskiego w Warszawie, miało miejsce wystawienie kolejnej “zapomnianej” opery pod batutą Łukasza Borowicza. Charakter działań Borowicza w przywracaniu pamięci i blasku zapomnianym dziełom operowym, opisałam wcześniej tutaj.

Nie wiem czy to zbieg okoliczności czy jakiś tajemny kod, na podstawie którego w cyklu oper “przywracanych” dobierany jest operowy repertuar, jednak “Simon Boccanegra” Verdiego, to kolejne dzieło z cyklu oper zapomnianych, po “Monbarze…” I.F. Dobrzyńskiego i “Legendzie Bałtyku” F. Nowowiejskiego, w którym obecne są motywy morskie naznaczające partie orkiestrowe. Ponadto, obecny główny bohater – Simon Boccanegra, to kolejny po Monbarze korsarz, tyle że były. Ja się tu teorii spiskowych nie doszukuję, ale jednak, jakby coś tu jest na rzeczy.

“Simon Boccanegra” Verdiego. Trudne dzieło. Nieobecne są w nim, cechujące inne opery mistrza, zapadające w ucho wyraziste, melodyjne orkiestrowe i wokalne partie. Tajemnica ciężaru dramaturgii dzieła tkwi w fabule opery, a z kolei sensu tej, nie możliwym jest pojąć, bez zapoznania się z historią powstania utworu, u podstaw której “mentalnie” leżała polityka. Verdi zwany “piątym ojcem zjednoczenia Włoch”, ów mistrz ekstatycznej formy ekspresji w wyrażaniu myśli rewolucyjnej niepodległościowej w muzycznej sztuce (“Nabucco”), Boccanegrą zamanifestował nowego siebie – poszukiwacza środków jeszcze większej dramatycznej ekspresji, zdolnej ponieść ważny politycznie temat.

Podstawą literacką dla libretta opery, była sztuka Antonia Garcii Gutierreza (1813-1884) – “Simon Boccanera”.
Czasowa akcja sztuki umiejscowiona jest w XIV wieku w Republice Genui, w okresie szczególnych napięć polityczno-społecznych w tamtym regionie, powodowanych konfliktem Republiki Genuańskiej z Wenecją. Prezentowana w sztuce historia, oparta jest na faktach autentycznych. To dzieje tragicznego w skutkach konfliktu pomiędzy dwoma braćmi, z których jeden jest znanym korsarzem, a drugi genuańskim dożą…

Verdi właśnie to literackie dzieło wziął na warsztat, bo podtekst fabuły symbolicznie odzwierciedlał klimat kłębiących się w jego głowie myśli. Było kilka lat po zjednoczeniu Włoch, zapał rewolucyjny osłabł. W rzeczywitość wkroczyła jak zawsze, manipulacja polityczna.
I masy na ową manipulację jak zawsze okazały podatność.

Verdi w swojej goryczy, zdystansował się do dawnej swej postawy rewolucyjnego podżegacza (chór niewolników w “Nabucco”), narodziła się w nim duchowa potrzeba stworzenia dzieła bardziej dramatycznego symboliczno – polityczną wymową. Do stworzenia tej nowej opery, potrzebował mocnej treści libretta oraz nowych rozwiązań muzycznych, mających właściwie udramatyzować akcję i uwypuklić przekaz. Fabuła sztuki Gutierreza okazała się jednak zbyt skomplikowana. Wymagała skrótów i modyfikacji na potrzeby libretta, ingerencji nie do uniknięcia, gdy tworzywo danej formy sztuki, przełożyć próbuje się na inne. Autor libretta, Francesko Maria Piave, koniecznych przekształceń fabuły dokonał. Uzyskał karkołomną esencję treści, która paradoksalnie i co nie dziwi, zamiast uprościć ją, jeszcze bardziej ją zagmatwała. Jak to pisał jeden z pierwszych biografów Verdiego – Abramo Basevi, przeczytać musiał sześć razy libretto, by cokolwiek z niego zrozumieć. Tyle razy czytałam i ja. Żonglerka nazwiskami bohaterów – jedne postacie udające inne – podwójne tożsamości…

Muzyka jest równie trudna. Przede wszystkim pesymistyczna, co nie dziwi, bo podporządkowana smutnej wymowie dzieła. Dominują niskie głosy. Rozbudowane partie recytatywne. Główny bohater, Boccanegra, którego sukces polityka kontrastuje z jego tragedią na polu osobistym rodzinnym, nie ma w operze ani jednej partii solowej, co symbolizować ma dramat jednostki uwikłanej w politykę. I w jego wypowiedziach dominuje przytłaczający recytatyw. Jedynie dramatyczne zrywem “gesty”, gdy mówi o utraconej córce, są fragmentami jego partii, opartymi na śpiewnych frazach… Wybijają się za sprawą intensywnej emocji, poruszają dramatyzmem nagłego zaistnienia. Jednak i te partie szybko przechodzą w recytatyw, o racji bytu naznaczonej cechami fatum.

Oddziaływanie emocjonalne recytatywów potęgują odpowiednio wzmocnione rozwiązania harmoniczne. Te potężne orkiestratralne brzmienia gwarantują intensywność przeżycia u widza. Właściwie uwypuklają wewnętrzne dramaty bohaterów.
Verdi chętnie i umiejętnie stosuje trik kontrastu. Tragika na przemiennie zestawiana z rzewnością, podbija dramaturgię dzieła.
Specjalnej nowej roli w operze nabiera chór. Nie jest to już niczym w “Nabucco”, bohater główny i reprezentujący jedność narodu. Następuje przesunięcie akcentów. Chór obrazuje teraz problem: zbiorowość kontra jednostka. Chór potęguje wymowę dramatów osobistych bohaterów, konfrontuje ich postawy i wybory z niebezpiecznym potencjałem tłumu, w którym równie łatwo o akceptację jak i o nienawiść. Autorytety przegrywają. Machina politycznych kalkulacji odradza się, wspierana słabością zbiorowości, ulegającej manipulatorom.

Prawykonanie opery: Teatro La Fenice, Wenecja, 12 marca 1857 rok.

Obecne wykonanie, koncertowe, miało miejsce na 17 Wielkanocnym Festiwalu Ludwiga van Beethovena, w Filharmonii Narodowej w Warszawie.

Dyrygent Łukasz Borowicz jak zwykle nie zawiódł. Pasja, dynamizm, brawura niezmiennie cechują jego pracę. Polska Orkiestra Radiowa i Chór Filharmonii Narodowej – wyśmienici. Soliści to częściowo stara świetna kadra. Eric Barry (hiszpańsko-amerykański tenor) i Nikolay Didenko (rosyjski bas) znani są już nam z poprzednich realizacji operowych Borowicza. Obaj stanowili solidny trzon i tej realizacji. Stały, dobry poziom. Przewidywalny, bez niespodzianek. Prawdziwą gwiazdą tej operowej realizacji okazała się młoda amerykańska sopranistka Amanda Hall (w roli córki Boccanegry), jedyna rola żeńska, pośród pięciu śpiewaków. Błyskotliwość, finezja i polot w śpiewnej interpretacji roli. Perła pośród czarnych agatów. Wyśmienity technicznie głos. Silny, a zarazem słodki. Obezwładniający czarem. Wybitne walory tego śpiewu znakomicie pobijała świetna gra aktorska sopranistki. Słodycz, ale zarazem atrakcyjny dynamizm. Znakomita mimika i gra ciała, szczególnie rąk i dłoni. Ta gra i śpiew budowały wiarygodnie rolę, materializując bohaterkę Verdiego w pełnej krasie. Zaistniała jako najbardziej wyrazisty bohater tego wystawienia, absolutnie dystansując w peletonie działania pozostałych śpiewaków. Niczym czerwień i róż na tle szarości.

Czego mi brakowało? Wyrazistych Interakcji pomiędzy śpiewakami. Każdy śpiewał jakby sam dla siebie, budując odrębną, odgrodzoną od innych przestrzeń. Tego błędu nie uniknęła nawet Amanda Hall. Płynąc na skrzydłach natchnienia, nie zważała że nie jest sama, że tworzy cześć zespołu. Jedynie Eric Barry, jej sceniczny amant, próbował wprowadzić te działania, śpiewając, wykierowany, z uśmiechem właśnie do niej, nie w przestrzeń sali.
Zdecydowanie, poza Hall, częściowo Barry`m oraz Didenko (rozpoznaję już jego sceniczny gest zaciśniętych dłoni gdy przeżycie bohatera ulega wzmożeniu), reszta była sztywna jak kloc, przez co dramaturgia dzieła nie zyskała należnego jej dynamizmu. Dobrze, że ekspansywnością przeżycia (i ruchów) nadrabiał za wszystkich Borowicz.

Z wystawieniami koncertowymi oper łączy się szczególna sprawa. Grać się nie da – wąska przestrzeń, a i śpiewak stoi, śpiewając z nut leżących na pulpicie stojącym przed nim. Śpiewa, patrząc w nuty. Zatem konieczna jest umiejętność budowania delikatnej równowagi pomiędzy oczywistym zachowaniem bezruchu (bo patrzenie w pulpit), a jednak i oczekiwaną sceniczną grą. Dobija mnie, gdy śpiewak zapomina o tym drugim, ściskając kurczowo pulpit podczas wykonywania roli i ryje w nim nieomalże nosem, jakby przerabiał naukę śpiewu. Tak było właśnie tym razem w przypadku jednego z solistów, nazwiska nie wymienię.

Mistrzowskim wykonaniem koncertowym opery, absolutnie najlepszym spośród przygotowanych dotąd przez Borowicza, było “Euryanthe” Carla Marii von Webera z 2009 roku. Szczegóły tutaj. Dokonania solistów w tamtym wystawieniu, to był absolutny majstersztyk wokalno – aktorski. Idealnie zrównoważony bezruch z grą aktorską, która, choć z konieczności ograniczona, była niezwykle wyrazista, epatowała najwyższą emocją. Interakcje między solistami były niezwykle silne, zaistniała wręcz wtedy materializacja postaci dramatu! Ta ich gra obezwładniała w najwyższym stopniu. To była czysta magia. Absorbująca uczuciowość widza w takim stopniu, jakby on sam był jednym z bohaterów dramatu. Było dobitnie i nerwowo. Ekstatycznie.

Takiej mocy w wykonaniu zabrakło tym razem, choć temat sprzyjał, co składam na bark mniejszego temperamentu wrodzonego u solistów. Niemniej jednak, było to wykonanie dobre, emanowało po prostu spokojem. Amanda Hall była zachwycająca, choć powołaniem jej, jest wnosić słodycz w serce słuchacza, a nie bunt, gniew i dziką pasję. Kwestia gustu.

Czas spędzony tego wieczoru w Filharmonii, w towarzystwie “Simona Boccanegry” Verdiego uważam za udany. Nie doświadczyłam gwałtownych emocji, ale wypoczęłam. A to też dobre.

Poniżej kilka zdjęć, zrobionych podczas końcowych oklasków. Zdjęcia robione były na szybko, z ukradka, bo jak zwykle sprzeciw przeciwko ich robieniu wyraziła gwałtownie jedna z pań pilnujących sali. Co mnie niezwykle i coraz bardziej wkurza. Zrobienie kilku zdjęć artystom podczas zakończenia gali, w żaden sposób nie odejmie przecież artystom talentu.

Tutaj / here: Łukasz Borowicz – działania operowe.