Czy kobiety czują się siostrami?

Oto mój spontaniczny komentarz do artykułu “Wszystkie jesteśmy siostrami” autorstwa pani Agaty Tuszyńskiej, który to artykuł ukazał się w portalu “Na Temat”.

Mój komentarz do tego artykułu postanowiłam zamieścić w tym blogu, ponieważ jego treść tyczy się sztuki – porusza ciągle aktualny temat problemów życiowych kobiet artystek. Zapraszam do lektury:

Ja proponuję skończyć wreszcie z tym cierpiętnictwem “w opisie” kobiety. To do niczego dobrego nie prowadzi, spoglądając w dal, w przyszłość, definiując rolę kobiety w społeczeństwie przyszłości (jak i w teraźniejszym). Kobieta ciągle będzie odbierana jako cierpiętnica, skoro ten mit wciąż na nowo się kultywuje i przypomina. Bo w ten sposób mit wciąż na nowo odradza się jako rzeczywistość, teraźniejszość – dalej krzywdząc kobiety – ich intelekt, wrodzone talenty. A ja osobiście, jak i wiele współczesnych kobiet, nie mam ochoty być cierpiętnicą i uważam, że świat należy w równym stopniu do mnie, jak i do mężczyzn – jeśli chodzi o”odkrywanie” twórcze czyli filozoficzne świata. Kobiety MOGĄ DOTYKAĆ NIEBA RAMIONAMI – JEŚLI TYLKO CHCĄ. Nikt nie karze im nosić sukien i brzuchów – to są wyłącznie ich wybory. Nikt nie każe im stać w cieniu mężczyzn. Jeśli chcą, niech piszą traktaty filozoficzne. Niektóre w wiekach uprzednich chciały to robić i robiły.

Były sławne artystki, których pamięć mało kto przypomina. Dlaczego np. tak mało pisze się o sławnych artystkach jak Artemizja, albo Sofonisba – które były jednymi z najsławniejszych malarzy włoskiego Renesansu? Do Sofonisby np. wielcy malarze mężczyźni tamtego czasu po nauki przyjeżdżali, w tym sam van Dyck między innymi. Dlaczego Pani o niej nie napisała??? Tylko podkreśla Pani rolę tradycji, iż kobietom WYZNACZONE ponoć jest miejsce obok tronów, w tym artystycznych. Pisząc o tych “tradycjach”, a spychając na margines artystyczne i naukowe osiągnięcia kobiet w wiekach poprzednich, zarazem kultywuje Pani tą tradycję, bo o niej przypomina. Jednym słowem mit dalej trwa, bo się go kultywuje.

Kobiety same siebie ciągną w dół, bo zamiast głosząc swą chwałę, ciągle na nowo i na nowo robią z siebie męczennice – robiąc z tego chwałę – ciągle te same teksty “o kieckach i brzuchach” – posłannictwie rzekomym (w domyśle: jedynym) kobiety. Kobiety same postrzegają się w tak ograniczonych kategoriach więc nic dziwnego, że i wielu mężczyzn tak kobiety postrzega.

Mnie takie teksty jak Pani tekst bardzo bolą, ponieważ sama jestem artystką. Nie mam ochoty stać przy żadnym tronie artystycznym, w cieniu. Kultywowanie – opisywanie wciąż i wciąż na nowo w artykułach – kobiety WYŁĄCZNIE jako muzy – prowadzi jedynie do tego, że … pokolenia mijają, a kobiety artystki wciąż walczą na nowo z tym fatalnym wizerunkiem. Ciągnie się to za nami jak ogon. Między innymi “dzięki” takim artykułom, jak artykuł Pani.

Dam przykład: malarz mężczyzna gdy poprosi kobiety do pozowania – wszystkie czują się zaszczycone, wyróżnione, sznur pozujących się do niego ustawia.

A wie Pani jaka jest reakcja gdy kobieta malarz poprosi mężczyznę do pozowania? Odbierana jest jako osoba dziwaczna, być może zboczona, mężczyźni zjeżają się, reakcja mężczyzn jest najczęściej chłodna, negatywna – odmowna.

TO JEST WŁAŚNIE TA PANI TRADYCJA. Piszmy zatem więcej o chwale kobiet, ich umyśle sprawczym, kreatywnej mocy. A nie ciągle o tych brzuchach, męczeństwie przez wieki wszelakimi, tylko o tym, w kółko i na okrągło, tylko o tym. To takie ściąganie samych siebie na dół, z niebios, podcinanie skrzydeł. Bo jeśli kobiety SAME nie uwierzą w swoje możliwości, same nie będą głosiły swej chwały – choćby przez pamięć swych wielkich poprzedniczek – to NIKT im w tym nie pomoże.

Siłą potężną mężczyzn jest to, że są ze sobą solidarni, jako grupa, płeć. Mogą nienawidzić się, wojny ze sobą toczyć, ale jako grupa-płeć są ze sobą solidarni. Umieją współpracować. Żadne parytety i inne bzdury nie pomogą, jeśli kobiety SAME i indywidualnie nie uwierzą w swoje możliwości, w swoją siłę, że I ONE MOGĄ DOTYKAĆ RAMIONAMI NIEBA. Szczera prawda jest taka, że tego jeszcze kobiety muszą uczyć się od mężczyzn.

A jeśli już chodzi o samo “męczeństwo” w kontekście poświęcenia dla rodziny, miłości, dzieci, to czyż mężczyźni tego nie robią? Też nie jeden odkłada na bok pasje, marzenia, by dom, dzieci wyżywić. Mężczyźni dla dobra ogniska domowego tak samo siebie poświęcają. Tyle, że oni z tego męczeństwa nie robią JEDYNEGO celu/sensu życia i tej martyrologii NIE GLORYFIKUJĄ. Często znajdują w sobie jeszcze SIŁĘ by owe “traktaty filozoficzne” pisać. Tej SIŁY, POCZUCIA WEWNĘTRZNEJ MOCY WSZYSTKIM KOBIETOM ŻYCZĘ. DOTYKAJCIE RAMIONAMI NIEBA JEŚLI TAKĄ POTRZEBĘ CZUJECIE, nie dajcie się zapędzić w cień, za trony. Bo często tymi kajdanami SAME się zdobicie.

In this way my digital art is created…

Wgląd w mój proces twórczy… In this way my digital art is created …
Gotowy efekt zobaczysz na przykład tutaj.

Advertisements

Zapiski o sztuce – part I

Dzisiaj moja znajoma podesłała mi do obejrzenia filmik z youtube, pokazujący małe dziecko malujące abstrakcyjny obraz, który to wizualnie wyszedł całkiem do rzeczy, z prośbą o moją opinię, co ja o takim “malowaniu” i dziecięcych twórcach myślę.

Oto moja opinia:

Żeby sztuka była sztuką, muszą być spełnione dwa warunki:
1. Przekaz (temat)
2. Talent (umiejętności techniczne)

Dzieło musi o czym mówić. Najpierw jest idea (temat), a potem zostają uruchomione umiejętności, aby tą ideę przetransportować w konkretne dzieło: poemat, muzykę czy obraz chociażby. Dzieło MUSI POSIADAĆ PRZEKAZ, bo to dopiero czyni z niego dzieło sztuki.
A przekazu nie wyrazi się nie mając odpowiedniego zaplecza technicznego – czyli umiejętności.
Umiejętności techniczne szkoli się przez lata. Tak samo do PRZEKAZU, TEMATU, dochodzi się przez lata – to jest tzw. dojrzewanie twórcy. TEMAT + UMIEJĘTNOŚCI – idą łeb w łeb.

Zatem: odkrywanie “siebie”, poszukiwanie swego TEMATU wraz ze szlifowanymi przez lata umiejętnościami technicznymi (umożliwiającymi ów TEMAT wyrazić) – wtedy możemy dopiero mówić o Sztuce – ścieżce twórczej artysty, procesie rozwoju jego sztuki (która jest zarazem wyrazicielem rozwoju jego wnętrza).

Zatem to co robi malujące dziecko jest jedynie zwykłym mazaniem. To samo może zrobić np. kot, maczając łapki w farbie i biegając po płótnie. W obu przypadkach są to tylko kolorowe wzorki, które przypadkiem wyszły ładnie i nieźle prezentować się mogą w nowocześnie urządzonym wnętrzu.

Prawdziwą Sztuką nie rządzi przypadkowość. Wszystko podporządkowane jest pierwotnemu pomysłowi, idei. A wirtuozeria techniczna tuszować ma wysiłki w dochodzeniu do wyrażenia tej idei.

Idee, Wielkie Tematy w sztuce powstają na bazie ludzkiego doświadczenia. Dorastania, dojrzewania, uzmysławiania sobie ważnych życiowych prawd. Wraz z wiekiem. Tego procesu nie da się przyśpieszyć, bo to jest ewolucja osobowości, kreująca się wraz ze spijaniem soków goryczy tego świata. Wielka sztuka bierze się z cierpienia, nigdy z radości i młodzieńczej beztroski.

Stąd trudno np. twórcami/artystami nazwać dzieci wygrywające konkursy pianistyczne. Jest tu tylko wirtuozeria techniczna, nic więcej. Ot, wytresowane małpy. A poza tym pustka. To śmieszne, że dzieci uznaje się dzisiaj za interpretatorów dzieł muzycznych geniuszy, których sławne utwory były często ukoronowaniem całej życiowej drogi twórczej tych ludzi, dzieł tworzonych często w dramatycznych okolicznościach, u schyłku życia…

Czy dzieci wygrywające sprawnie utwory zostaną twórcami, czas dopiero pokaże. Dopiero okaże się, czy zdołają po latach wymknąć się z kręgu interpretatorów – odtwórców i wejść na ścieżkę kreowania w sztuce własnych Prawd. To niepomiernie trudniejsze niż bycie ot, interpretatorem.

Bo dochodzenie do własnych Prawd w sztuce, to droga pełna niebezpieczeństw, zawirowań, pomyłek i czasem ślepych ścieżek… Tu trzeba odwagi. I wielkiej, wielkiej wyobraźni. Bo “kreowanie” to tworzenie czegoś z niczego, za każdym razem niespotykanego nigdy wcześniej, bo i psychika każdego człowieka jest inna. Stąd owo “wyrażanie siebie” zawsze obarczone jest ryzykiem porażki – ryzykiem niezrozumienia przez widza – to dlatego mówi się, że do sztuki trzeba wielkiej odwagi.

… tak samo twórcą nigdy nie będzie kopista malarskich dzieł, nawet najwybitniejszy. Ot, pozostanie zawsze tylko kopistą, bazującym na dorobku innych artystów, bez pomysłu na własną, swoją osobistą twórczość. Niby “tworzy” ale tak na prawdę tylko przemalowuje “coś”, “po kimś”. Brak “wkładu własnego” w procesie tej kreacji. Podpiera się “cudzą myślą”, nawet gdy jest to coś więcej niż kopia, bo pastisz.

Film o malującym “abstrakcyjnie” dziecku świetnie pobudzić może wyobraźnię i myśl … ale badaczy ludzkiego umysłu. W namacalny sposób pokazuje pracę mózgu małego człowieka. Mózg ludzki – najbardziej skomplikowana maszyna na planecie Ziemia – by wyklarować się w dojrzałą formę, ewoluuje tylko sobie znanymi sposobami. Młody mózg by “nastroić się” do odbioru świata i sprawnego funkcjonowania w nim, zainicjowuje sam z siebie i sam w sobie procesy, które dorośli odbierają jako “logiczne” i “nielogiczne” – abstrakcyjne. Ot, zwykła droga ewolucji tego organu od postaci młodzieńczej do dorosłej. Nie łączmy zatem zewnętrznych przejawów tego biologicznego procesu ze sztuką. Dziecięca abstrakcja – abstrakcyjny obraz malarski małego dziecka – ma pochodzenie jedynie “biologiczne”, chaotyczne, przypadkowe i nie ma nic wspólnego ze sztuką, która jest ukoronowaniem mocy ludzkiego dojrzałego intelektu.

Sztuka to bowiem połączenie mocy wyobraźni z umiejętnością świadomego planowania, a potem działania, aby daną ideę wyrazić. Determinacja w działaniu i moc sprawcza (konstruowanie dzieła z pomocą wybranych świadomie służących tematowi umiejętności), czynią, iż pierwotna efemeryczna idea – ów TEMAT – przybiera “materialną” formę – w postaci jakiegoś dzieła, będąc w ten sposób możliwą do odczytania przez widza. Bo w sztuce najważniejszy jest TEMAT.

… a gdy jest TEMAT, jest i MOC – oczywiście jest kwestią indywidualnych upodobań, jaki temat i stylistykę jako widzowie preferujemy. Jednak obok wielkiego TEMATU nigdy nie przejdziemy obojętnie. On zawsze poruszy. Niezależnie czy jest to obraz abstrakcyjny, czy wykonany realistycznie. Promieniująca z dzieła MOC zawsze zaszarpnie strunami naszej wrażliwości i wyobraźni.

Evviva l`arte I – fragment 1, digital art, Anna Maria Karolak, 2011.